środa, 5 września 2018

Korsyka

Początki...

Plan wyprawy pojawił się - jak to zwykle bywa - podczas późno jesiennych dni, kiedy to na motocyklu raczej nie da się jeździć. Bynajmniej nie w takich warunkach w jakich lubię. Czas wyjazdu - majówka 2018. Kalendarz pięknie komponował się z harmonogramem wyjazdu. 3 dni wolnego - 9 dni jazdy. Plus standardowe pół dnia w piątek.
Długo się nie zastanawiając zadzwoniłem do stałych uczestników naszych wypraw celem zainspirowania ich do podjęcia tej jakże trudnej decyzji. Speedy jak zwykle nie miał żadnych wątpliwości. 
- Termin ok, czas ok, miejsce ok - jadę, resztę sobie dogram - odpowiedział mniej więcej po pół minuty.
U Józia sprawy się trochę bardziej komplikowały i stwierdził, że z decyzją wstrzyma się aż pozałatwia sprawy osobiste. Bart zakomunikował, że nie będzie wiedział do samego końca. Niedawno przeszedł operację kolana i sam nie wie jak ta jego noga będzie sprawować się przez następne pół roku. Zadzwoniłem również do Mira. Świeżo upieczony motocyklista z wielkim dystansem podszedł do tematu. 
- Ja ?? Na Korsykę ?? 4.500 kilometrów ?? - zapytał
- No... Czemu nie ? - odpowiedziałem również pytająco
- Przecież ja nie umiem jeździć!
- Nauczysz się...
Od słowa do słowa - w tym po obietnicy, że jak tylko zrobi się w miarę ciepło na wiosnę, to będziemy ostro trenować jazdę w różnych warunkach - wstępnie się zgodził. Józek również się zgodził. Super - piątka już jest. Szósty może będzie... Powiedziałem piątka ? No tak... nasz wyjazdowy El, czyli moja małżonka Ela również miała nas zaszczycić swoją osobą na moto majówce... 
Przygotowania...
Jak zwykle strona organizacyjna przedsięwzięcia przypadła mnie, czemu się zresztą nie dziwię gdyż przeważnie jestem inicjatorem wyjazdów w naszej grupie, a poza tym to lubię. Podzieliłem wyprawę na trzy etapy. Dojazd, Korsyka i Powrót. 
Wyjazd w piątek najlepiej około godziny 13.00, tak aby na niedzielę wieczorem przybyć do Livorno. Półtora dnia głównie autostradami, niedziela z niewielkim przelotem, tak aby zahaczyć o Maranello, Florencję i Pizę. 
- Będziemy w Maranello ?? - Zapytał Speed. Pojeździmy Ferrarkami ?? - Dodał.
- Ogarniemy - Odpowiedziałem.
Kolejny etap to Korsyka. Od poniedziałku do czwartku. Droga D80, D81, D84, RT 301... Cap Corse, L`Ile Rousse, Calanques de Piana, Ajaccio, Bonifaccio, Porto-Vecchio... Na pewno będzie fajnie.
Przy powrocie pojawiła się fajna, aczkolwiek bardziej wymagająca opcja. Zamiast wracać w czwartek po południu z Bastii do Livorno, można przepłynąć nocą z Bastii do Toulon i przejechać się Lazurowym Wybrzeżem, z tym że na dłuższe zwiedzanie nie ma co liczyć. Ot, zaliczyć kilka fajnych miejscowości, żeby wiedzieć do czego można tam kiedyś wrócić. Wszyscy towarzysze podróży wybrali opcję dłuższą. Będzie ciekawie...


1 - Rdy to road.jpg



Etap I

Piątek

Godzina 12.00. Punkt spotkania – pierwszy MOP przy wyjeździe na autostradę z Rzeszowa. 15 minut przed wyjazdem z domu syn wrócił ze szkoły i na odchodne rzucił – Bawcie się dobrze i jedźcie ostrożnie – Kurczę takie słowa z ust dziesięciolatka… Jedziemy! 3 minuty później dzwoni Józek:
- Słuchaj, wiesz, ten tego…. Coś mi z kufra odpadło i jestem w Łańcucie. Kupuję nowy kufer i się trochę spóźnię.
Pomny wcześniejszych doświadczeń z tym oto osobnikiem wiedziałem że coś wypadnie i się spóźni… Zawsze coś wypadnie i się spóźnia… Dlatego w mym niecnym planie wziąłem to pod uwagę i start zaplanowałem na 13.00. Tylko że…. Zapomniałem o tym powiedzieć Spidowi i Mirkowi. No cóż… oczekiwanie na atrakcję czasem jest lepsze niż atrakcja sama w sobie. Koniec końców około godziny 12.50 wyruszyliśmy w kierunku zachodzącego słońca. Nudna autostradowa droga… Dębica, Tarnów, Kraków, Katowice, później na A1 w kierunku Czech. Ostatnie tankowanie w Polsce na BP w Mszanie i dalej w drogę. Postojów dużo nie było, sprawnie pokonywaliśmy kolejne kilometry. Wielkich wrażeń z jazdy też nie… prędkość w granicach 130-140 km/h i byle do celu, którym był Mikulov. Na jednym z postojów zarezerwowaliśmy kilkuosobowy apartament i około godziny 19.30 Byliśmy u celu. Pierwotnie zastanawialiśmy się, czy nie dojechać do Wiednia ale stwierdziliśmy że na pierwszy dzień wystarczy, a jutro będziemy mieli te kilkadziesiąt kilometrów więcej. 
Sama miejscówka fajna. Apartamenty przerobione z jakiegoś starego klasztoru czy innego monastyru. Wielki – 130 m2… Bar, grill wewnętrzny… można by tu pomieszkać ze dwa dni ;) . Jako, że zaopatrzeni byliśmy jeszcze z domu, uraczyliśmy się do snu wiśniówką z wódnistra i piwkiem…. Jutro do zrobienia kilka kilometrów więcej…

Apartman VIP Mikulov
Trasa: 554 km - https://goo.gl/maps/idzcxyBEzvx

Sobota
Około godziny 5.00 nad ranem budzi mnie deszcz. Świetnie... Jak sprawdzaliśmy prognozę pogody wczoraj wieczorem miało nie padać. Zubilewicz.... Ty ch....!!! No trudno. Najgorsza z możliwych opcji. Autostrada, dużo kilometrów, deszcz i jazda ubrany jak teletubiś. Nikt nie mówił że będzie łatwo. Jako że godzina wczesna była leżałem na łóżku i przeglądałem prognozy… Dlaczego wszędzie na każdym portalu pokazują zero deszczu i piękną pogodę cały dzień? Przecież na zewnątrz leje… Ehh te internety… Po mniej więcej godzinie wstałem i zrozumiałem… Okno otwarte, a na zewnątrz, dosłownie dwa metry ode mnie, mały strumyczek sobie płynie. Chciałbym zobaczyć swoją minę w tym momencie – na pewno bezcenne.
Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Cel na dzisiaj – Bolonia. Jeszcze przed wyjazdem Miro stwierdził, że w Bolonii wiele nocą się dzieje więc fajnie byłoby nocleg znaleźć gdzieś w okolicy. Do zrobienia około osiem stówek. Damy radę. Monotonię autostradową przerywały czasem komunikaty z traffica sugerujące objazdy lokalnymi drogami tworzących się na autostradzie korków. Skrzętnie korzystaliśmy z tych proponowanych tras z dwóch powodów. Po pierwsze: Z moimi bocznymi kuframi przytroczonymi do motka przeciskanie się w korku wcale nie jest takie oczywiste. Po drugie – ważniejsze – nawet półgodzinny zjazd z autostrady i pomykanie lokalnymi austriackimi ścieżkami były po prostu przyjemne. Oczywiście każdorazowo w oczy rzuca się wszechobecny porządek. Ordnung must sein! Nie wiem jak oni to robią ale w każdej wiosce przez którą żeśmy przejeżdżali nie było papierka na ulicy czy przypadkowego listka na chodniku. Na obrzeżach wiosek w tartakach drewna poukładane od linijki… Ma to swój urok…
Dzień przebiegał w ustalonym rytmie. 200 kilometrów – tankowanie, przerwa, baton lub inny hot dog i następne 200 kilometrów. Jedno z tankowań wypadło na autostradzie przy którymś zjeździe na Wenecję… Nie polecam. Powiem szczerze że widok dwóch euraków za litr wachy mnie delikatnie zmierził… Kurde, jakby dali 1.99 to nawet psychologicznie człowiek by do tego inaczej podszedł… ale dwa ojro? Gdzieś nawet fotkę cyknąłem tak dla pamięci, żeby się zbytnio nie irytować gdy 95 u nas będzie kosztować ponad 5 zeta za literek ;) . 


2 - Bolonia.jpg



Około 18.00 dotarliśmy do celu. Hotel Cosmopolitan Bolonia. Całkiem przyjemny, duży parking. Na miejscu okazało się że śniadanie jest w cenie pomimo że na bookingu nic o tym nie było. Spoko, lepiej w tę stronę. Po odświeżeniu się i zatankowaniu innej wachy do innego baku ruszyliśmy w miasto. 
Muszę przyznać, że zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ludzi mnóstwo, głównie studentów, którzy wylewali się z każdej możliwej alejki w poszukiwaniu nocnych atrakcji Bolonii. My przede wszystkim musieliśmy coś zjeść więc usilnie poszukiwaliśmy jakiejś dobrej knajpki, restauracji. Tripadvisor podpowiadał sporo, ale niestety wszędzie brak miejsc. W końcu Józek wypatrzył w jakieś wąskiej alejce jeden wolny stolik. Skrzętnie skorzystaliśmy z okazji. Przypadek spowodował że trafiliśmy do całkiem fajnej trattorii w której pierwsze skrzypce grała rycząca, na oko pięćdziesięciokilku letnia kelnerka, którą najpierw wzięliśmy za właścicielkę. Jej początkowo chłodne, szorstkie – ale nie nieuprzejme – podejście, z biegiem czasu zmieniało się o 180 stopni. Po godzinie siedziała z nami i śmialiśmy się wzajemnie z opowiadanych żartów.


2 - Bolonia 2.jpg



Po obfitej kolacji udaliśmy się na nocne zwiedzanie Bolonii, która chyba nigdy nie zasypia. Mocno po północy, a ludzi chyba jeszcze więcej niż wieczorem. Obeszliśmy na spokojnie kilka atrakcji, część z nas z nutką „zaciekawienia” spoglądała na knajpki, kluby i inne przybytki które zapowiadały ciekawą sobotnią noc… ale nic z tego. Co prawda w niedzielę nie mieliśmy zbyt dużo kilometrów do zrobienia, ale to nie znaczyło że możemy sobie pozwolić na za dużo imprezowego luzu…

Trasa: 820 km. https://goo.gl/maps/1waVttsjDe12

Hotel Cosmopolitan Bologna


Niedziela
Niedzielny poranek był spokojny. Czasu mieliśmy dość na wszystko i bez zbędnej napinki po śniadaniu ruszyliśmy do Maranello. Nasz pierwszy z głównych celów. Przejażdzka super samochodami z konikiem na masce. Po około godzinie czasu dotarliśmy do wypożyczalni. Ceny za wypożyczenie jak na nasze warunki niemałe, ale co tam… raz się żyję. 


3 - ferrari.jpg



Wybraliśmy opcję na pół godziny. Dwa Ferrari California i jedno Ferrari F430 Spyder. Jeszcze tylko kilka podpisów pod klauzulą, że jeśli się rozwali auto z własnej winy to trzeba zapłacić 3.000 Euro i można jechać… Powiem to tak. Prowadzenie auta za bańkę… fajne uczucie 8-) . Przyspieszenie? Jak na auto spoko… Prowadzenie też… Pomimo jazdy po publicznych drogach, poza terenem zabudowanym piloci pozwalali puścić wodze fantazji i pocisnąć trochę mocniej. Pół godziny minęło bardzo szybko, ale wrażenia pozostały w pamięci. Jedno z licealnych marzeń – przejażdzka Ferrari w Maranello – zaliczone.


3 - ferrari2.jpg



Naszym kolejnym niedzielnym celem była Florencja. Nie żeby jakoś mocno tam zwiedzać. Ot, przejechać motocyklem, zatrzymać się na chwilę, cyknąć gdzieś fotkę i jechać dalej. Plan za bardzo nie został zrealizowany… W sumie to w ogóle… Centrum Florencji rozkopane, pozmieniana organizacja ruchu, masa tymczasowych uliczek jednokierunkowych przez które GPS wariował, a do tego upał… Wszystko to spowodowało że chcieliśmy jak najszybciej opuścić zatłoczone miasto i po prostu jechać dalej…
Następny przystanek – Piza. Szybki obiad w postaci niedobrej pizzy. Zaliczona wieża przy której tłoczyła się masa turystów i… dalej. Tym razem już do Livorno skąd nad samym ranem mieliśmy odpływać na Korsykę.


3 - Piza 2.jpg
3 - Piza 2.jpg (230.33 KiB) Przejrzano 448 razy


Podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna pojechała do sklepu na codzienne zakupy, druga do portu zorientować się skąd odpływa prom gdyż ponoć często są problemy z trafieniem gdzie trzeba…

Trasa: 320 km: https://goo.gl/maps/XRqHXymdDjR2

Suites Marilla Apartments


Etap II
Poniedziałek


- Nie możecie tu wjechać – Powiedział strażnik przy wjeździe do portu.
- No jak nie możemy, jak wczoraj nam tu mówili, że motocykle tędy wjeżdżają? – zapytał Miro.
- Nie możecie i koniec, jedźcie dalej.
- Gdzie?
- No tam! – wskazał strażnik palcem w prawo.
Pojechaliśmy w prawo i… wyjechaliśmy z portu. Więc to o to chodziło z tym że nie wiadomo co gdzie i jak… 
Pokręciliśmy się z 15 minut i w końcu znaleźliśmy właściwym wjazd. Ustawiliśmy się w kolejce i czekaliśmy na załadunek. Godzinka upłynęła na rozmowach z nowo poznanymi innymi motocyklistami – pozdrowienia Mrozu. Rejs jak rejs. Cztery godziny zleciały dosyć szybko i około godziny 12.00 zawitaliśmy do Bastii. Szybki rozładunek, wyjazd z promu i… ogień...


4 - Corse D80.jpg


Albo raczej płomyczek. Wąsko, korek, upalnie… nie porucha… Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na szybkie przebranie. Membrany poszły w bagaż, zamiast ubrań termoaktywnych – krótkie koszulki i można dalej jechać. Po kilku kilometrach relatywnie dużego ruchu zdecydowanie się on przerzedził. Jechaliśmy drogą D80 na północ na przylądek Cap Corse. 
Z każdym przejechanym kilometrem było coraz lepiej. Kręto, czasem wąsko i z przepięknymi widokami. Droga wijącą się nad samym morzem przypominała niekończącą się rozwiniętą i poskręcaną babciną włóczkę. Przepięknie… Najlepsze były oczywiści odcinki gdzie widać na przestrzał kolejne dwa czy trzy zakręty i wtedy można dać upust emocjom. Pomimo tego że jechałem we dwójkę ze wszystkimi możliwymi kuframi i innymi bagażami prawa ręka dynamicznie chodziła w górę i w dół. Naprzemienne zakręty nakazywały skupić się wyłącznie na drodze jednocześnie wytwarzając endorfiny dzięki którym w głowie kołatały się tylko i wyłącznie myśli w postaci „więcej, mocniej, szybciej…” Oczywiście gdzieś z boku co jakiś czas główka dostawała polecenie – Nie przesadź - ale były to zdarzenia zdecydowanie incydentalne…


4 - Corse D80a.jpg


Tego dnia miejscem docelowym było miasteczko L`Ile Rousse. W linii prostej od Bastii 67 kilometrów i według google 1.30h jazdy. Nasza droga miała 150 kilometrów i 4 godziny jazdy. Po około godzinie jazdy zaaferowany i podekscytowany jazdą zdałem sobie sprawę że tu naprawdę nie było ani jednego prostego odcinka dłuższego niż kilkanaście metrów! Cały czas lewo, prawo, lewo, prawo, zakręt krótki, długi, zaciskający się, otwierający, nawijka…. Ale zawsze zakręt!
Jazda – pomimo udziału naszego świeżaka – szła całkiem sprawnie a wyprzedzanie na tych zakrętach – dzięki posiadaniu przez wszystkich interkomów – bezproblemowo. Przez to zaaferowanie i szeroko rozumiane podniecenie, przegapiliśmy północny przylądek wyspy – Cap Corse. Dopiero po kilku kilometrach zorientowałem się że kierujemy się już na południe. Widoki nadal pozostawały obłędne, droga fantastyczna… I tak cały czas… Z rzadka tylko mijaliśmy jakieś wioski które mocno nas spowalniały z uwagi na większy ruch.


4 - Corse D80b.jpg


Droga D80 skończyła się w miejscowości Saint-Florent i przeszła w drogę D81. Odcinek drogi D81 od wyjazdu z Saint-Florent do skrzyżowania z główną drogą T30 – po prostu genialny. 25 kilometrów fantastycznej ścieżki ze wszelkimi możliwymi rodzajami winkli. Trące o asfalt co chwile podnóżki i nieschodzący z gęby banan to najlepsze określenie jazdy po tej drodze.
Droga D80 (plus kawałek D81) urzekła mnie. Była dokładnie taka jak czytałem w różnych opisach i relacjach innych motocyklistów. Jeżeli pozostała część wyspy miała być jak ta droga – to nic więcej mi do szczęścia nie będzie potrzebne (no… może poza pogodą…)
Przed dojazdem na miejsce noclegowe zatrzymaliśmy się na szybką kawę i bajgla w malutkiej knajpce Licciola. Trudno ją przegapić a warto nawet na kilka minut wstąpić. Pięknie położona z pięknym widokiem…


4 - Corse D80c.jpg


Około godziny 18 dotarliśmy do L`Ile Rousse. Doprowadzenie się do stanu używalności chwilę nam zajęło i dopiero późnym wieczorem udaliśmy się na eksplorację okolicznych terenów i jakąś kolację. O dziwo sporo knajp i restauracji było już pozamykanych. Po zasięgnięciu języka polecono nam dwie otwarte o tej godzinie knajpie. Jedna gdzie jest drogo i druga gdzie jest bardzo drogo. Ku naszemu zdziwieniu wybraliśmy tą pierwszą… Dotarliśmy do restauracji A Siesta. Pięknie położona, nad samym morzem. Szum rozbijających się fal w odległości 3-4 metrów od stolika wprawiał w błogi nastrój. Dobra obsługa, jedzenie świeże i bardzo smaczne. Udało nam się dobrać do tej kolacji dobre wino (nie jedno :) ) dzięki czemu posiedzieliśmy dość długo. Kolacja tam, była dopełnieniem wspaniałego dnia który nam na długo pozostanie w pamięci… Rachunek też pozostanie w pamięci ;) …

Trasa: https://goo.gl/maps/PLsaSum8UQH2
Nocleg: Motel Saint Michel
Licciola
Restauracja A Siesta

Wtorek
Tym razem prognozy nie pozostawiały złudzeń. Będzie padało. Pytanie tylko jak długo i jak wiele. Szybki rzut oka na windy.com i wiedzieliśmy że deszczu dużo nie będzie ale niestety przez cały dzień. Z drugiej strony jak patrzyliśmy na pogodę niżej, to naprawdę nie mieliśmy powodów do narzekań. Nie chciałbym być wtedy na Sardynii…

Według planów dzisiejszego dnia mieliśmy zrobić około 250 kilometrów a pierwszym celem miała być malowniczo położona wioska Sant Antonio jednak z uwagi na pogodę zrezygnowaliśmy z tego punktu. Początkowo drogą T30, później RT301 wjechaliśmy w interior. RT301… miodzio… malownicza wąska ścieżka – standardowo bardzo pokręcona – prowadząca wśród skał. Piękne widoki, strzeliste skały i bardzo mały ruch. 


5 - RT301.jpg


Jakość tej ścieżki pozostawiała wiele do życzenia więc o jakimś szybszym przemieszczaniu się nie było mowy. Z drugiej strony dzięki temu mieliśmy możliwość podziwiania tych pięknych widoków. Co chwilę zatrzymywaliśmy się na pamiątkową fotkę… Zaczęło padać… Z drogi RT301 dojechaliśmy przez kawałek T20 i T30 do D84. Piekna trasa, której – z uwagi na padający deszcz – wszystkich uroków nie było nam dane zobaczyć. Wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej. Temperatura zaczęła drastycznie spadać by w pewnym momencie osiągnąć wartość 8 stopni. Jak wyjeżdżaliśmy było 22. Zimno, deszczowo, kręto, mglisto… Nie był to zbyt przyjemny odcinek trasy. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zatrzymaliśmy się w knajpie na jakieś jedzenie. Zupełnie przypadkiem – po drodze – trafiliśmy do bardzo fajnej pizzerii. U Caracutu nie zachęcała do wejścia swoim wyglądem, jednak zmarznięci myśleliśmy tylko o tym żeby coś zjeść i napić się gorącej herbaty. Bardzo miły gospodarz, widząc nas, szybko dołożył gazowy ogrzewacz. Zamówiliśmy pizzę, sałatkę z lokalnymi serami i mięsiwo z ichniejszych świń (to ustrojstwo pałętało się na drogach przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów). Jedzenie przerosło moje oczekiwania. Pyszne! Nawet te świnie przyrządzone w czerwonym winie smakowały wyśmienicie… Polecam każdemu zatrzymanie się w tej knajpce i spróbowanie lokalnych potraw.
Najedzeni i napojeni pojechaliśmy dalej. Pogoda wiele się nie zmieniała. Trochę padało, trochę mgliście było. Drogą D84 dojechaliśmy do Les Calanques de Piana… Naprawdę szkoda że było mgliście… Przez to nie byliśmy w stanie zobaczyć tych pięknych widoków które można podziwiać na sporej ilości pocztówek z Korsyki. Czasem tylko mgła częściowo opadała odsłaniając przepiękne, lśniące w słońcu czerwone skały i kontrastujące z nimi błękitne morze… No cóż… Mamy pretekst żeby na Korsykę wrócić…


5 - Calanques.jpg


Późniejszy odcinek drogi D81 upłynął bardzo przyjemnie. Przestało padać, drogi przeschły, a ponadto zmieniły się one z krótkich zawijasów w długie, szerokie zakręty. Razem ze Speedym pomknęliśmy szybciutko tymi zakrętasami zamykając oponki. Po kilku kilometrach naprawdę szybkiej jazdy zatrzymaliśmy się, aby chwilę ochłonąć… świetna jazda…
Dojechaliśmy do Ajaccio. Znowu zaczęło padać. Miejscówka to Hotel Ibis Budget. Jak sama nazwa wskazuje nie mieliśmy co liczyć na jakieś luksusy. Zresztą wcale ich nie oczekiwaliśmy. Po standardowym dojściu do siebie ruszyliśmy w miasto śladami Napoleona…


5 - Ajaccio.jpg


Trasa: https://drive.google.com/open?id=1cSovs8kOQEQt7R7cnGyyxPpbJU_ncCS-&usp=sharing
Nocleg: Ibis Budget Ajaccio
U Caracutu

Środa

Poranek przywitał nas deszczem. Nikomu się nie chciało szybko organizować więc poranne przygotowania przebiegały w iście żółwim tempie. Prognozy wskazywały że około godziny 11.00 ma przestać padać, więc tą godzinę obraliśmy za punkt startu. Podczas hotelowego śniadania w oczy rzuciła się nam ładna kelnerka... No tak, Polka, jakżeby inaczej… wiadomo że najładniejsze to Polki :)
- Ale macie szczęście – powiedziała – Żeby tu dwa dni padało to nie pamiętam kiedy a kilka lat już tu siedzę…
- Szczęście ?? My tu po słońce i winkle przyjechaliśmy!


6a.jpg


Zakładany plan na dzień dzisiejszy chcąc nie chcąc musiał ulec zmianie. Pierwotna wersja zakładała 260 kilometrów i 6 godzin samej jazdy. Z powrotem drogą T20 w interior aż do miejscowości Vivario a następnie drogą D69 i T40 do Bonifaccio. 
Rzeczywistość i okno pogodowe zmusiły nas do racjonalizacji drogi. Wybraliśmy główną T40 prosto do Bonifaccio. Jedyne 130 kilometrów i 2 godziny jazdy. Droga T40 okazała się całkiem przyjemną alternatywą. Odpuściliśmy wąskie ścieżki w interiorze na rzecz szybkiego przemieszczania się główną drogą. Jak się okazało – główna droga w korsykańskim wydaniu również jest pokręcona jak cholera, tylko zakręty są długie i przewidywalne. Dosłownie kilka razy zdarzyło się inaczej, w znaczeniu że nadal było kręto tylko winkle ciaśniejsze. Prostych dróg jak na lekarstwo :). Skoro było kręto… i szeroko… i było dużo widać… no to wiadomo, ogień… Znowu powtórka z rozrywki… Lewo, prawo, lewo, prawo i tak cały czas… Genialnie. Nie przypuszczałem że jazda główną drogą może dostarczyć tyle frajdy i rozrywki. Co więcej, niejednokrotnie widoki nam się ukazujące również były obłędne. Zwłaszcza gdy docieraliśmy do Bonifaccio.


6b.jpg


Samo Bonifaccio bardzo ładne… i zatłoczone. Znalezienie miejsca do zaparkowania w okolicach cytadeli graniczyło z cudem. Droga jednokierunkowa, którą musieliśmy dwukrotnie objeżdżać aby znaleźć ciut wolnego miejsca. Oczywiście można było osiołki zostawić kilometr wcześniej i ze sto metrów niżej ale perspektywa podchodzenia do góry…
Pokręciliśmy się trochę po mieście i obeszliśmy starówkę dookoła. Największą atrakcję zafundowała nam… lokalna policja, która co chwilę blokowała jakieś odcinki ścieżek dla pieszych i łapała jakiś uchodźców albo innych krętaczy… taka ichniejsza zabawa w kotka i myszkę… Myśleliśmy, aby zjeść jakiś obiad ale ceny na starówce powalały… ze 25 Euro za byle obiad plus coś do picia... Zjemy gdzie indziej.
Po zwiedzeniu Bonifaccio udaliśmy się jeszcze niżej na południe. To stamtąd robione są zdjęcia które widoczne są na każdej pocztówce z Korsyki. Warto podjechać, dosłownie kilka kilometrów i popatrzeć na strome klify i umiejscowione tuż nad nimi miasto.
Punkt docelowy dnia dzisiejszego. Nocleg w Porto-Vecchio. Residence Fiori di Cala Rossa. Bardzo fajna miejscówka na nocleg. Dużo miejsa, dużo zielenie, cisza, spokój… i korsykańskie świniaki biegające za ogrodzeniem. 


6c.jpg


A propos… Pamiętam jak czytałem relacje z wyjazdów na Korsykę i większość z nich zawierała informacje że nie pogada po angielsku. Pomny doświadczeń ze wcześniejszego wyjazdu do Francji do Les deux Alpes utwierdzałem się w tym przekonaniu. Nic bardziej błędnego! W żadnym z ośrodków nie było najmniejszego problemu z dogadaniem się w języku Wuja Sama. Oczywiście może nie była to konwersacja na poziomie obrony pracy doktorskiej z mechaniki kwantowej podróży w czasie, ale żeby normalnie się porozumieć nie było żadnego problemu… W zasadzie jedynie w Ajaccio w jakiejś knajpie czarnoskóra młoda kelnerka miała w dupie język angielski… albo nas…
Jako że nikomu z nas nie chciało się „uderzać w miasto” popołudnie i wieczór spędziliśmy na myciu i smarowaniu łańcuchów. Speedy zauważył że puściła mu obejma trzymająca akcesoryjny wydech GPR, a ponadto w kanapie pojawiło się pęknięcie. Trytytki, igła i nitka załatwiła obie sprawy… Może nie była to robota profesjonalna… w zasadzie nawet mocno druciarska, ale wykonana i swoje zadanie spełniła.


6d.jpg


Trasa: https://goo.gl/maps/YTxxGjangkQ2
Nocleg: Residence Fiori di Cala Rosa


Czwartek

Dzień powrotu. I znowu to samo. Znów ma padać rano i popołudniu. Szlag by to nie trafił. Znowu modyfikacja planów. Co prawda dzisiaj nie miało być jakoś wiele atrakcji, ale jednak. Główna droga prowadząca do Bastii – T10 – nudna jak flaki z olejem. Zupełnie prosta. Taka nie korsykańska. Plan był taki żeby odbić z niej kilka razy na mniej uczęszczane, lokalne i bardziej pokręcone ścieżki jednak wiązało się to ze znacznym rozciągnięciem w czasie. Okno pogodowe mieliśmy mieć od 11.00 do 15.00. Później miało padać i to sporo. Prom do Toulon odpływa o 20.00, ale od 18.00 można się na nim instalować.
Śniadanie się przeciągnęło i to sporo. Mieliśmy zresztą dużo wolnego czasu więc pośpiechu nie było. Wyruszyliśmy z Porto Vecchio około jedenastej i kierowaliśmy się na północ. Pierwsze kilkanaście kilometrów bardzo fajne. Znowu długaśne łagodne łuki pozwalające rozwijać fajne prędkości i dające maksimum frajdy z jazdy. Pogoda nas jednak nie rozpieszczała. Zaczęło padać. Ubraliśmy się w kombinezony przeciwdeszczowe. Wsiadając w nich na motocykle, przestało padać… Demontaż kombiaków i jazda dalej. 
Zgodnie z przewidywaniami dalsza część tej drogi, paskudnie nudna. Nie polecam tędy wracać. Trzeba było jechać pierwotnym planem i najwyżej zmoknąć… Nic to, będzie po co tu wrócić. Zobaczyliśmy bardzo wiele, ale równie wiele jeszcze pozostało do zobaczenia i przejechania. D368, D268, D71, D506… wszystko to jeszcze do objechania.


7.jpg


Około 14.00 dotarliśmy do Bastii. Zaparkowaliśmy maszyny na jakimś parkingu dla motocykli i poszliśmy na obiad. Obiad… za dużo powiedziane. Przyzwyczajenie się do faktu że we wszystkich śródziemnomorskich krajach panuje sjesta jest trudne. O tej godzinie nigdzie nie zjesz nic innego niż panini i tym podobne kanapki… Cóż, lepszy rydz niż nic… Kolejną godzinę lub więcej spędziliśmy na zakupach w jakimś dyskoncie. Standardowe zapasy. Wino, piwo i sery :). Około godziny siedemnastej dotarliśmy do portu. Zaczęło mocno lać. Dobrze że była tam dosyć spora poczekalnia więc nie musieliśmy moknąć. Zaraz po rozpoczęciu boardingu szybko przemknęliśmy na prom. Zainstalowaliśmy się na promie dosyć szybko. Kajuty całkiem fajne, sporo miejsca. Kolację przyrządziliśmy sobie sami ze zrobionych wcześniej zakupów. Długo płynęliśmy wzdłuż wyspy, niedaleko drogi D80 którą mieliśmy przyjemność przejechać pierwszego dnia. W trakcie rejsu dość mocno bujało. Fale były dosyć spore, więc osoby o bardziej wrażliwych żołądkach mogły poczuć się dość niepewnie. Pokręciliśmy się trochę szukając jakichś atrakcji, jednak nie znaleźliśmy nic ciekawego. Obłożenia dużego nie było więc i promowe knajpy i dyskoteki były pozamykane. Może to i lepiej. W końcu jutro jazda zaczyna się z samego rana…

Trasa: Nie warto….
Nocleg: Na promie.


Etap III
Piątek, Sobota i Niedziela 


Poranne wstawanie. 6.45 zbliżamy się do Toulon. Szybkie ogarnięcie się na motocyklu i wyjechaliśmy z promu… Prawie wszyscy bo Miro został uwięziony. Został na pokładzie dolnym kiedy puścili pokład górny więc musieliśmy kilka minut na niego poczekać. Wyjechaliśmy z portu i obraliśmy kierunek na Saint-Tropez. Najpierw drogą D98 i następnie D559 w ciągu około dwóch godzin (przerwa śniadaniowa) dotarliśmy do miasta francuskiego żandarma. 
Samo miasteczko nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia, natomiast port – już tak. Te wszystkie jachty po kilkanaście lub kilkadziesiąt milionów robią wrażenie. Jeszcze większe robi to że panuje na nich życie… Muzyka, imprezy i te sprawy… fajnie. Zrobiliśmy nawet małe resume że wypożyczenie takiego jachtu na tydzień dla dziesięciu osób nie generuje jakiś super horrendalnych kosztów. Tyle tylko że musielibyśmy tym jachtem stać w porcie. Koszt paliwa zabija…


8a.jpg


Z ciekawości sprawdziłem ceny w jednej z nabrzeżnych restauracji. Fakt, wyglądała dość elegancko. Obiadek dla dwóch osób z lampką wina można by skonsumować już za około dwie stówy… ojro… zastanawiające… całości obrazka dopełnił jakiś facet zsiadający ze skuterka w garniturze od Armaniego zmierzający na śniadanie właśnie do tej knajpy… 
Wracając do motocykli czekał przy nich jakiś Polak. Okazało się że zobaczył Polskie rejestracje i koniecznie chciał pogadać z przybyszami. Opuścił Polskę już kilka lat temu i przeniósł się właśnie na Lazurowe Wybrzeże. Do kraju nie zamierza wracać, ciekawe dlaczego…
Ruszyliśmy dalej drogą D559, później przechodzącą w D6098 do Cannes. Zrobiło się naprawdę gorąco. W międzyczasie straciłem przednie hamulce. Początkowo myślałem że coś się tam dostało i zaraz przejdzie. Niestety z każdym hamowaniem przodem było tylko gorzej. Zgrzały się niesamowicie. Ja wiem, że hamulce w DLu wybitne nie są, wiem że podróżowałem z full obciążeniem, ale wydaje mi się że ani droga która nie wymagała jakiegoś gwałtownego i ciągłego hamowania a także upalna pogoda nie powinna doprowadzić do tego stanu. Nic to, trzeba jechać dalej… tylko ostrożniej…


8b.jpg


W Cannes życzeniem mojej żony były przystanek przy Palais des Festivals ze słynnymi schodami. Lipa straszna. Budynek granatem od pługa oderwany, brzydki jak nieszczęście, kompletnie nie pasujący do miejskiej zabudowy… No i te schody… W TV blichtr i poklask… na żywo nie. Pospacerowaliśmy promenadą i ruszyliśmy w dalszą trasę. 
Nadal wybrzeżem do Nicei i Monako. Za Niceą, po wspinaczce motocyklami na górę zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym. Kurcze, pięknie… Naprawdę fantastycznie to wygląda z wysokiej perspektywy. Można by się chyba przyzwyczaić do życia tam…
W Monako ruch niemiłosierny. I do tego temperatura przekraczająca 34 stopnie. Niestety nie udało nam się przejechać trasy F1 gdyż częściowo była zablokowana. W pałacu rozgrywany był finał turnieju Poker Stars. Następnym razem ;) …
Po wyjeździe z Monako skierowaliśmy się na autostradę. Celem były okolice Genui a było już dosyć późno więc trzeba było nadrobić trochę kilometrów i czasu straconego w Saint-Tropez i Cannes. Najlepszy był zjazd z wysoko położonej autostrady (notabene z wiaduktu którego już teraz nie ma…). Wąski z jednej i drugiej strony otoczony niskimi barierkami. Wrażenie takie, że się z niego zaraz spadnie.


8c.jpg


Przy podjeździe do apartmentu wydarzył się jedyny na wyjeździe paciak. Podjazd był dosyć stromy i skręcający w lewo. Dojechałem pierwszy o dałem znać Mirowi że może jechać. Dojeżdżając na łuku zauważył że jest mało miejsca i praktycznie się zatrzymał. Niestety brakło długości nogi i GS poleciał na lewą stronę. Poza urażoną dumą kompletnie nic się nie stało. Urażona duma została szybko uleczona genueńskim pesto i liguryjskim winem…
W sobotę miny mieliśmy nietęgie… Powrót… Jeszcze tylko jeden punkt do odwiedzenia i powrót… dlaczego to tak szybko minęło ??? No dobra… na konie i w drogę do Cinque Terre czyli „pięciu krain”, które tworzy łańcuch wiosek rybackich ukrytych pomiędzy klifami wzdłuż wybrzeża na zachód od miasta La Spezia. Najlepiej tam motocyklem się wybrać lokalnymi drogami SS332, SP38, SP51 i SP370 jednakże pokonanie 60 kilometrowego odcinka może nierzadko zając kilka godzin. My niestety tyle czasu nie mieliśmy więc wybraliśmy szybką drogę do La Spezii a następnie SP370 do Riomaggiore. Udało nam się zjechać praktycznie na sam dół. Widoki fantastyczne. Naprawdę piękna miejscowość. Kiedyś rybacka wioska, położona przy Morzu Liguryjskim, u stóp pokrytych winnicami gór, dzisiaj turystyczna atrakcja. W przeszłości można było dotrzeć tu wyłącznie łodzią. Dziś Riomaggiore oraz pozostałem miasteczka Cinque Terre połączone są ze sobą ścieżkami. Na pewno warto się nimi przejść jednakże musielibyśmy poświęcić na to cały dzień, którego nie mieliśmy.


8d.jpg


Opuściliśmy Cinque Terre w przekonaniu że na pewno jeszcze tam wrócimy... Pozostała droga bez historii. Wieczorem w Sobotę wylądowaliśmy w jakimś hotelu niedaleko Grazu. Po drodze nie było żadnych nieprzewidzianych sytuacji. Pogoda w miarę dopisywała, w zasadzie cały czas było ok, natomiast jedna ulewa pojawiła się akurat w momencie kiedy byliśmy na stacji benzynowej. Przeczekaliśmy… Niedziela również bez historii… Wiedeń, Brno, Ostrawa, Katowice, Kraków, Rzeszów… Wyprawa dobiegła końca… Było super… Do następnej!